Misterium Męki Pańskiej 2006

Misterium Męki Pańskiej – Gdańsk 2006.

MMP2006 - 1

Sąd nad Nazarejczykiem w Gdańsku

Pierwsze Misterium Męki Pańskiej na ulicach Gdańska odbyło się w 2006 roku. Inspiracją, o której wspomina w wydanej rok później książce „Droga” Adam Hlebowicz, pomysłodawca gdańskiego Misterium, była wejherowska Kalwaria – Drogi Męki Pańskiej. A dokładnie były nią treści filmu z tamtejszego Misterium, które powstało dzięki ludziom z Wejherowem w jakiś sposób związanym. Byli to: Wojciech Rybakowski, Cezary Paciorek, Tomasz Pohl, Tomasz Żmuda -Trzebiatowski. W projekt zaangażowane było również Wejherowskie Centrum Kultury oraz twórcy – Yach Paszkiewicz, Wojciech Ostrowski czy Grzegorz Dalecki. To właśnie ich wspólne dzieło zaowocowało zaproszeniem do Gdańska. Misterium Męki Pańskiej z wejherowskimi aktorami, kierowanymi przez Wojciecha Rybakowskiego, z muzyką Cezarego Paciorka trafiło w Wielki Piątek 2006 na ulice naszego miasta.

 

MMP2006 - 1

 

MMP2006 - 1

W tym roku wspólnie z “Dziennikiem Bałtyckim” Stowarzyszenie SUM wydało dodatek do gazety, który gazeciarze rozdawali w trakcie Misterium. Anonsowaliśmy w nim krzykliwie “Sąd nad Nazarejczykiem”. Tak jakby Chrystus rzeczywiście miał być skazany na przedprożach Dworu Artusa. W Gdańsku!

 

MMP2006 - 1

*Obejrzyj zapis filmowy I gdańskiego Misterium Męki Pańskiej **2006*

 

Część 1

 

Część 2

„Oto człowiek”: czyli relacja Anglika Iana Witnessa, który przyjechał do Gdańska i niespodziewanie dla siebie trafił w sam środek Misterium

Przyjechałem do Gdańska. Tanie linie lotnicze docierające już także do Europy Wschodniej sprawiły, że ostatnio częściej latam na wschód niż na zachód. Praga, Wilno, ostatnio Kraków. Teraz Gdańsk – miasto Lecha Wałęsy i legendarnej „Solidarności”. Wczoraj lotnisko, dziś wyruszyłem do Starego Miasta. Na szerokim deptaku za tutejszym ratuszem, wokół ekspresyjnego pomnika Neptuna zaciekawił mnie niekonwencjonalny tłum ludzi. Piątek, popołudnie, polskie miasto nad Bałtykiem a tu jacyś przebierańcy w starozakonnych chałatach. Nie takich jednak jak w żydowskich dzielnicach Londynu czy Nowego Jorku, co raczej zaczerpniętych ze starych sztychów ilustrujących Biblię. Wielu tych dziwnych „Żydów”, także kolorowo ubrane kobiety, krążyło wśród współcześnie ubranych ludzi i coś z cicha mówiło po polsku. O co tu chodzi?

Nagle odezwał się mocny głos. Facet w białej todze i narzuconym nań zielonym płaszczu stanął na przedprożu efektownej szerokiej kamienicy i zaczął mówić. Jakiś teatr – pomyślałem. Dwóch żołnierzy w strojach rzymskich legionistów przyprowadziło pod ręce brodatego mężczyznę przypominającego wyglądem Jezusa z Nazaretu. Ten nie odzywał się, patrzył przed siebie, milczał. Odbywało się coś na kształt sądu. Facet w todze, pewnie Piłat, przewodniczył. Via Dolorosa we współczesnym Gdańsku, dwa tysiące lat później od tej prawdziwej z Jerozolimy. Ciekawe, zobaczymy co będzie dalej?

Nagle kolorowy tłum przebierańców zaczął wrzeszczeć: Barabasza, Barabasza, Barabasza…

Przecież dobrze znam te słowa, co najmniej raz w roku słyszę w kościele to wezwanie, odczytywane w Niedzielę Palmową. Co innego jednak słyszeć monotonny tekst w zacisznej świątyni, co innego słyszeć krzyk tłumu, który przenika do trzewi, pali ci wnętrzności. Trochę się przestraszyłem. Znam prawdę, wiem kto jest niewinny, a jednak moc tłumu jest potężna. Kiedy nie jesteś w większości, czujesz niepewność swojego zachowania, swojego myślenia. Czy to nie głupie? Przecież to tylko przedstawienie, złapałem się na myśli.

Po raz drugi krzyk tłumu wybił mnie z zamyślenia, kiedy Piłat mruknął coś pod nosem (potem domyśliłem się, ze za jego cichym głosem kryły się słowa „Ecce homo”). Może zresztą celowo mruknął te słowa niepostrzeżenie, żeby wrzaski protestujących były jeszcze bardziej wyraziste. A może my, bierna masa, przyglądająca się temu theatrum powinniśmy w tym momencie zaprotestować. Krzyknąć nie, przecież nie macie racji, to Mesjasz, to Bóg, to nasz Zbawiciel! Może On tego dzisiaj ode mnie oczekiwał? Ode mnie, od ciebie, od wszystkich gapiów, zadowolonych z tego, że w nudny piątkowy, szary dzień nareszcie coś się dzieje.

Z ciekawością przyglądałem się kilkuletniemu chłopcu, normalnie ubranemu, w dżinsy, ciepły bezrękawnik, stojącemu wśród tłumu krzyczących Żydów. On też krzyczał, wytykał palcem, podskakiwał na swoich niedużych nóżkach. Dlaczego to robił? Bawiło go to przedstawienie, a może spodobały mu się te okrzyki, to poczucie siły tkwiące w warkliwym, nieprzyjemnym tłumie? A może zwyczajnie się go obawiał…

Wokół postaci Jezusa, wśród demonstrantów kręciło się wielu fotoreporterów i kamerzystów. Sądząc po sprzęcie na którym pracowali, musieli być profesjonalistami z miejscowych gazet, telewizji, stacji radiowych, agencji fotograficznych. Początkowo nie zwróciłem na nich uwagi. Zawsze jak coś się dzieje zawsze pojawiają się ludzie z aparatami, kamerami, mikrofonami, stając się niejako współkreatorami toczących się wydarzeń. Tu jednak byli jakoś irytujący. Po pierwsze było ich bardzo wielu, jakby co najmniej prezydent wielkiego państwa zawitał niespodziewanie do Gdańska. Po drugie, wciskali się ze swoimi urządzeniami pod same oblicze Chrystusa, pod stojącego na podwyższeniu Piłata, byli niemal jednymi z wrzeszczących faryzeuszy. Irytująca była ich nachalność i wścibstwo. Ludzie co i raz sykali ze zdenerwowania, że kolejny fotopstryk czy kamerzysta przeszkadza im w odbiorze przedstawienia. Właśnie, czy przedstawienia? Dlaczego dziennikarzom tak bardzo zależy na dobrym ujęciu? Przecież to nie George Bush, ani Władymir Putin przyjechali do starego Gdańska, nawet nie Tina Turner ani U2. To jacyś nieznani aktorzy, to historia doskonale wszystkim znana. Więc po co tak blisko z obiektywem, po co rejestracja słów tak doskonale już wszystkim znanych?

*  *  *

Przesunąłem się w pobliże fontanny z Neptunem. Stały tam, oparte o metalowe zdobienia, trzy drewniane krzyże. Nie mogłem od nich oderwać oczu. Uświadomiłem sobie nagle, że to narzędzia zbrodni. Jak nóż, jak siekiera, jak kałasznikow, jak rakiety Patriot. Czy nie mają racji muzułmanie dziwiąc się nam, że za symbol naszej wiary obraliśmy narzędzie zbrodni?

Moje wątpliwości opadły, kiedy zobaczyłem Jezusa biorącego krzyż na ramiona, obok niego jeszcze dwóch ludzi w łachmanach. On to robi dla nas. Płaci najwyższą cenę nie za swoje grzechy, ale za cudze występki, za nasze przewinienia. A zatem ten kawał skrzyżowanego drewna to nie narzędzie zbrodni w tym wypadku, co raczej znak oddania, poświęcenia, nie dającej się z niczym porównać miłości.

Ciekawe co myślał aktor grający Jezusa, niosąc jego krzyż?

*  *  *

Jeden z rzymskich setników, o bardzo zaciętej twarzy, chyba wśród nich najważniejszy, bo co i rusz pokrzykujący, wydający polecenia, odepchnął mnie i powiedział coś po polsku. Wkurzył mnie. Czy facet nie za bardzo przejął się swoją rolą? Choć trzeba powiedzieć, wszyscy aktorzy grali z ogromną mocą i przekonaniem. Nikt do nikogo nie puszcza oczka, nikt się nie uśmiecha. Widzowie dostosowali się do tego nastroju.

Gdzieniegdzie otwierają się okna w starych kamienicach. Ktoś patrzy ostrożnie zza firanki na to dziwowisko.

Chrystus pada. Dość majestatycznie. Nikt mu jednak nie pomaga i człowiek wali się na ziemię wraz z krzyżem. Głowa w cierniowej koronie spoczywa na krzyżu, niemal się do niego przytula, jakby tu szukając odrobiny ciepła i współczucia. Pamiętam jak w telewizji BBC pokazywali w ostatnią Wielkanoc jego życia Jana Pawła II. W Wielki Piątek, kiedy odprawiano bez niego watykańską Drogę Krzyżową, on przed telewizorem, stary i schorowany, tak samo przytulał się do trzymanego krzyża.

*  *  *

Chrystus i obaj łotrzy ciągną swe krzyże po zabytkowych, kamiennych płytach ulicy Długiej. Okropne wrażenie robi dźwięk szurania drewnianych krzyży po kamieniach. Legioniści popychają i pokrzykują na skazanych. Na czele orszaku żołnierz rzymski na koniu.

Chrystus podchodzi do kobiety ubranej w niebieską szatę. Ona wyciąga rękę do jego policzka, ale strażnik nie pozwala. Zostaje sam z krzyżem, ona sama ze swoim bólem. Starsza kobieta płacze obok mnie.

*  *  *

Idziemy przez jakąś zabytkową halę handlową. Co za kontrast! Ludzie w kolejkach, robią zakupy, stoją przy kasach, kilka osób w dziale z alkoholami a tu taki orszak! Co myślą o tym marszu klienci sklepu?

Przy wyjściu z hali na wózku inwalidzkim siedzi stary człowiek. Na kolanach trzyma pomiętą czapkę, w której leży kilka drobnych monet. Ręka do tej pory wyciągnięta po datek opadła na poręcz wózka. Po pobrużdżonych wiekiem policzkach ciekną łzy. Obok starca przechodzi Chrystus z krzyżem. Nie mogę patrzeć, odwracam wzrok.

Przy straganach z wiosennymi gałązkami brzozy młody chłopak w brązowej kurtce kupuje wiązankę. Nagle dwóch legionistów szarpie go z tyłu. Przewracają na ziemię. Chłopak krzyczy. Co jest grane? Czyżby przedstawienie się skończyło? Nie, oni naprawdę każą nieść mu krzyż, każą mu być Cyrenejczykiem. Ten chłopak stał obok mnie. A gdyby mnie tak szarpnęli, zwalili na ziemię, kazali wziąć krzyż? Wkurzyłbym się, to pewne. Ale co miałbym im powiedzieć, że jestem cudzoziemcem i nie chcę się bawić w ich grę? Nie, nie, nie ja, weźcie kogoś innego. Czy prawdziwy Cyrenejczyk też miał takie myśli?

Chłopak jest nieduży, młody, ma jakieś 20 lat. Chyba mu ciężej nieść ten spory krzyż niż Chrystusowi.

Jakaś starsza kobieta podniosła kupione przez chłopaka gałązki z zielonymi listkami. Oddała mu je, kiedy strażnicy uwolnili Cyrenejczyka z jego obowiązku. Ona też jest Cyrenejczykiem – myślę.

*  *  *

Trzy przebrane w stroje młode kobiety krzyczą coś a potem głośno się śmieją. Chyba naigrywają się z Jezusa. Potem inna kobieta podchodzi do niego z białym płótnem i ociera mu twarz. Jeden z aktorów, starszy człowiek z długą siwą brodą podchodzi do kobiety i pokazuje jej miejsce palcem: tu. Ona zatrzymuje się i rozpościera płótno z odbiciem twarzy Chrystusa. Uświadamiam sobie jak ważną rolę w naszym życiu pełnią podawane nam obrazki. Ikona, bilboard, t – shirt z twarzą idola… Jak to się niewiele zmieniło, jeśli chodzi o piktografy, na przestrzeni dwóch tysięcy lat.

Coraz więcej ludzi goniących gdzieś za swoimi sprawami, przystaje, przygląda się cudacznym przebierańcom. Jedni dołączają do orszaku, drudzy pędzą gdzieś dalej. Weroniko where are you?

*  *  *

Chrystus znów pada. Jeden z kamerzystów telewizyjnych przykłada niemal oko kamery do leżącego. „Szczegóły drugiego upadku Chrystusa bada specjalna komisja” – przychodzi mi do głowy standardowy komentarz telewizyjny wygłaszany zazwyczaj przy takich okazjach. Błyskają flesze.

Dwoje ludzi mówiących po francusku przerywa rozmowę. Patrzą w milczeniu na leżącego człowieka. Ciekawe czy potraktują ten epizod w swojej wyprawie turystycznej do Polski jako ciekawy przerywnik, dodatkową atrakcję kraju nad Wisłą, czy jako swego rodzaju przeżycie duchowe? Czy dadzą się, tak jak ja, wkręcić w to całe przedstawienie? Francuskojęzyczni długo przyglądają się leżącemu. Milczą.

Przy każdym zatrzymaniu się pochodu do mikrofonu mówią coś zakonnicy. Ich biało – czarne habity, wielkie kaptury narzucone na głowy, nie odbiegają zbytnio od strojów aktorów. Bo oni chyba nie są aktorami…

*  *  *

Idziemy w dół po schodach przy kolejnym centrum handlowym. Krzyże skazańców zaczepiają o progi schodów. Chrystus zatacza się, z trudnością udaje mu się dojść na sam dół. Wokół sklepy, kolorowe reklamy, tłum ludzi. Z góry, z galeryjki kilka kobiet w strojach coś głośno krzyczy. Chyba nawet Polacy nie wiedzą, co one wykrzykują, bo jest harmider, wiele głosów. Chrystus im odpowiada. Ma wysoki, charakterystyczny głos.

Po chwili zamętu cisza. Przerywa ją muzyka wykonywana przez kilka młodych osób. Chóralny śpiew, ktoś gra na akordeonie, trzech długowłosych chłopaków, kolorowo ubranych, uparcie wali w bębny nadając rytm naszemu dalszemu marszowi.

*  *  *

Przechodzimy obok wysokich budynków. Czteropasmową drogą ciągnie się sznur samochodów, mijają nas autobusy, tramwaje. Na sygnale przejeżdża karetka pogotowia. Niektórzy kierowcy uchylają okna w swoich autach.

Jezus pada na ziemię. Tym razem leci na twarz. Parę razy próbuje się podnieść. Bez skutku. Nie prosi o pomoc, ale też nikt mu nie pomaga. Najbliżej upadłego krzyża stoi, z odzyskanymi gałązkami brzozy w ręku, niedawny Cyrenejczyk.

Patrzę na ludzi. Idą starsi, w średnim wieku, młodzi. Ciekawe kto z nich wiedział, co tu będzie się działo, a kto przyłączył się spontanicznie do tego jedynego w swoim rodzaju pochodu? Jest nas może trzysta osób.

*  *  *

Wchodzimy na duży plac, gdzie stoi pomnik z trzema bardzo wysokimi, żelaznymi krzyżami. Na każdym z nich przymocowana z przodu kotwica. Mój Boże, chyba ich tam nie zawieszą? To niedorzeczna myśl, przecież skazańcy mają swoje krzyże. Każdy ma swój krzyż.

Przechodzimy obok pomnika. Legioniści biorą krzyże od skazańców a potem odprowadzają ich pod ręce na bok. Zaczyna padać deszcz. Gapie otwierają parasole, ja mam kurtkę z kapturem na szczęście. Tymczasem setnik z zaciętą twarzą podchodzi do Chrystusa i rozrywa jego szatę. Jezus zostaje tylko w przepasce na biodrach. Jest 5, może 6º C. Żołnierze zaciągają ofiary pod leżące krzyże.

*  *  *

Skazańcy leżą na krzyżach, na gołej ziemi. Słychać stukot młotków. W drewno wchodzą kilkucalowe długie gwoździe. Po chwili dzieło skończone, krzyże z zawieszonymi na nich ludźmi, idą w górę. Rozglądam się po raz kolejny po placu. Teraz obok trzech potężnych metalowych stoją trzy drewniane krzyże.

Faryzeusze wszczynają ponownie swój jazgot. Co chwilę któryś z nich, brodaty, ubrany w ozdobne żydowskie szaty, wykrzykuje coś do pomstującego tłumu. Jeden z legionistów zawiesza drewnianą tabliczkę na krzyżu Chrystusa. Tłum czeka. Reporterzy szaleją z aparatami.

*  *  *

Nadal nie ma ciszy na placu. Słychać gwar, krzyki, śmiech. Punktualnie o godzinie trzeciej, sprawdzam to na swoim zegarku, Chrystus zwiesza głowę na krzyżu.

Teraz zalega cisza. Słychać tylko ciszę.

Trzy krzyże tu, trzy krzyże tam. Wokół nadal jeżdżą tramwaje, samochody, autobusy. Na rozległym placu te trzysta, może trzysta pięćdziesiąt osób wydaje się być garstką. Życie toczy się dalej.

*  *  *

Trzy osoby zdejmują Chrystusa z krzyża. Starszy, brodaty człowiek, który pokazywał Weronice, gdzie ma stać, „Cyrenejczyk” współcześnie ubrany i jeszcze jeden z przebranych aktorów. Oddają ciało matce. Ta gładzi policzki syna. Teraz nareszcie może to zrobić. Zimno. Chrystus nadal niemal nagi.

*  *  *

Kilka osób – ci, którzy zdejmowali Chrystusa z krzyża, ale i kilka kolejnych, w zwykłych, współczesnych ubraniach, zawija ciało w białą płachtę. Jest Cyrenejczyk, jest mały chłopiec w bezrękawniku, który tak ochoczo krzyczał pod Dworem Artusa przeciwko Chrystusowi, jest człowiek w zielonym, robotniczym drelichu, jeszcze młoda dziewczyna i dwóch mężczyzn wyglądających raczej na biznesmenów niż świadków tamtej epoki. Ten orszak gdzieś niesie ciało ukrzyżowanego.

Idę za nimi. Mijamy bramę z napisem „Stocznia Gdańska”. Za kolejną bramę już mnie i innych osób nie wpuszczono. Tej ostatniej bramy pilnują jacyś policjanci w żółtych ostrzegawczych kurtkach. Kondukt pogrzebowy wchodzi w szczelinę dużej bryły metalu przypominającej dziób pełnomorskiego statku. To podobno Brama Wolności. Orszak, kilka osób, może z dziesięć, oddala się i za chwilę znika.

*  *  *

Patrzę na metalowe, wysokie krzyże. Tu zginęli ludzie. To ich Golgota, prawdziwa ziemia męczenników. Trzy krzyże to symbol zwycięstwa i wolności. Teraz myślę, że i zmartwychwstania. W Jerozolimie, w Gdańsku, na całym świecie.

Tłum. Adam Hlebowicz

Comments are closed