Misterium Męki Pańskiej 2009

Misterium Męki Pańskiej – Gdańsk 2009

Wieki Piątek. 10 kwietnia 2009. O godzinie 13:00 rozpoczyna się, a następnie przechodzi ulicami Gdańska czwarte Misterium Męki Pańskiej W 2009 roku w “Dzienniku Bałtyckim” ukazał się bardzo ciekawy wywiad Gabrieli Pewińskiej z Arkadiuszem Dzikowskim, odtwórcą roli Chrystusa w naszym gdańskim Misterium.

Nie ma opcji, żeby ten krzyż porzucić – mówi odtwórca roli Jezusa w gdańskim Misterium Męki Pańskiej

Arkadiusz Dzikowski jako Chrystus podczas Misterium Gdańskiego

Nosi Pan krzyżyk na szyi?

Czasem noszę. Ale uważam, że jeśli nie jest się gotowym, by codziennie dźwigać ciężar krzyża, nie ma większego sensu nosić przy sobie tego znaku, bo on wtedy staje się tylko zwykłą ozdobą, jakimś brelokiem.

Co to znaczy właściwie nieść krzyż?

Ten krzyż, który niosę dziś, nie może być w żaden sposób utożsamiany i porównywany z krzyżem, który dźwigał Chrystus. Choćby z tego powodu, że ten Chrystusowy był o wiele cięższy, a Chrystus prawdziwie umęczony i ubiczowany. Ja jestem młodym, zdrowym facetem, nie czuję żadnego zagrożenia, to co robię, jest wynikiem mojej woli, więc te 40 kilogramów nie stanowi dla mnie problemu. Z drugiej strony – odgrywanie roli Chrystusa nie może polegać tylko na tym, że ja ten krzyż zarzucam sobie na plecy i przechodzę sobie z nim te parę kilometrów. Ja muszę umieć poczuć ten krzyż fizycznie, jakby on był o wiele cięższy, bo tylko taki może nadawać właściwy wymiar drodze krzyżowej. Dziś o krzyżu mówi się inaczej.

Jak?

Bardziej w wymiarze duchowym, filozoficznym, że każdy z nas w jakimś stopniu jakiś swój krzyż dźwiga, to tylko kwestia tego, czy potrafi się do tego przyznać, czy też szuka w sobie stu tysięcy usprawiedliwień, by w końcu zrzucić ciężar z ramion. Krzyż trzeba umieć udźwignąć. Trzeba umieć go donieść na miejsce. I nie ma takiej opcji, że moglibyśmy go gdzieś porzucić.

Ten Pana pierwszy krzyż…

Pamiętam, jak przyjechaliśmy z rodzinnego Sztumu na próby do Wejherowa, tam gdzie ćwiczą na co dzień misternicy ze Stowarzyszenia Misterników Kaszubskich. Był 2007 rok. Zaprosili nas Jacek Spychała i Mariusz Sławiński – obaj realizują duże spektakle historyczne: oblężenie Malborka, wiktorię wiedeńską, batalie napoleońskie. Współorganizują gdańską Paradę Niepodległości 11 listopada. Z Jackiem Spychałą od lat działamy razem w ruchu rycerskim, brałem udział w przygotowywanych przez niego spektaklach, znał mnie, moje możliwości i doszedł do wniosku, że może dobrze byłoby spróbować obsadzić mnie w nowej roli.

Potrzebny był ktoś wysoki i silny?

Na pewno sprawność fizyczna i predyspozycje aktorskie były brane pod uwagę, ale nie tylko. Nie chodziło o zagranie w jakimś historycznym widowisku. To miało być Misterium Męki Pańskiej. Miałem zagrać Chrystusa.

Przyjął Pan tę rolę bez wahania?

Po bardzo długim wahaniu… Potem było kilka tygodni prób. Wszystkiego nauczyliśmy się od misterników. Wreszcie waz z kolegami, którzy wcielili się w role Łotrów, przenieśliśmy się na ulice Gdańska, by poznać techniczną stronę przedsięwzięcia.

A krzyż? Jaki był?

Specjalnie dla nas wykonano nowe krzyże, byliśmy zbyt rośli w porównaniu z poprzednią ekipą.

Ile ważyły?

Trudno powiedzieć. Wszystkie wykonano ze świeżego drewna. Były dużo cięższe niż te, które nosiliśmy na próbach. Ale to nie miało znaczenia. Jesteśmy członkami Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej. Działam tam od 15 lat. Koledzy krócej, niemniej wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do dużych obciążeń fizycznych. Nie ma znaczenia, czy mam na ramionach 20, czy 40 kilogramów. Taki ciężar to chleb powszedni. Ważna była wymowa spektaklu i znaczenie mojej roli. O wiele łatwiej zagrać jakiegoś mistrza zakonu czy anonimowego wojownika. Wtedy oczekiwania publiczności są raczej znane, ma być to po prostu barwny spektakl, w którym wykorzystuje się swoje umiejętności walki. Tu było inaczej. Wcześniej długo rozmawiałem z reżyserem na temat wizerunku, który kreowałem. Bo na próbach byłem Jezusem – przywódcą powstania żydowskiego, w spektaklu miałem być pełnym pokory Synem Bożym, który po prostu niesie swój krzyż. Z przyzwyczajenia nadawałem postaci dość zadziorny charakter, a przecież jak tłumaczył mi reżyser, Jezus, zdając sobie sprawę z niezwykłego wymiaru swojego losu, zgodził się na wszystko, co zdarzyło się u kresu jego życia, i przyjął to z pokorą. Nie podejmując walki. Nie próbując się bronić. Po prostu niósł krzyż.

I Pan postanowił po prostu nieść krzyż?

Przystępując do tej drogi, którą miałem przemierzyć z krzyżem na ramionach, próbowałem przede wszystkim wyłączyć się z otaczającej mnie rzeczywistości.

I co?

Trudno jednocześnie wyłączyć się z tłumu i być Chrystusem, nie będąc wśród ludzi. A do tego jeszcze spełniać tych ludzi oczekiwania, tych, którzy w Wielki Piątek chcą po prostu popatrzeć na misterium. Niektórzy przychodzą jak na spektakl, co do tego nie mam wątpliwości, ale myślę, że jest to niewielka grupa. Większość podąża w tym marszu razem ze mną. Czuję odpowiedzialność i mistykę postaci, która mnie prowadzi, mając jednocześnie przed oczami cały otaczający mnie zwykły świat, który przecież biegnie swoim nienaruszalnym torem. Jeżdżą tramwaje, biegają psy, ludzie handlują, trąbią samochody, Straż Miejska toruje drogę. Setki fotografów patrzy, czy krew jest prawdziwa, czy jeśli się przewracam, to naprawdę, czy jest w tym jakaś ściema. Wiem, że ci, którzy robią zdjęcia, polują na coś ciekawego…

Aż ta krew się poleje?

Polują na moment, gdy uda się złapać Jezusa, kiedy sobie ociera pot z czoła. Albo gdy się uśmiechnie, albo przymruży oczy, bo słońce zaświeci mu w twarz. Ja nie mogę sobie na to pozwolić. Muszę się wyłączyć, by nie widzieć obiektywu. To jest zupełnie inne podejście do roli niż w pozostałych spektaklach, gdzie gra się do kamery, gdzie wręcz kokietuje się publiczność…

Jak to Pan udźwignął?

Pewnie łatwiej było mi to wszystko unieść, bo jestem osobą wierzącą. W środowisku, w którym się obracam, mam nawet przydomek “narodowego katolika”, i może dlatego nie musiałem ani medytować, ani uczyć się specjalnych technik izolacji, wyciszenia, zresztą nie wierzę w takie historie. Po prostu musiałem się skupić na swojej roli.

Czy ten krzyż jakoś odmienił Pana życie?

Jestem osobą dość charakterystyczną i rozpoznawalną. Może to kwestia wyglądu, może działalności, udzielam się w polityce, w organizacjach społecznych, nieco w kulturze. Jestem też radnym Sztumu i dlatego moje pojawienie się na ulicach w szacie Chrystusa postawiło mnie w bardzo wyraźnym kontekście. Różni ludzie na to różnie reagują…

I komentują.

I na to jestem przygotowany. Ale pomijając aspekt ziemski i materialny, przyjęcie tej roli było niezwykle ważne dla mojego duchowego umocnienia. Przyglądałem się temu mojemu Jezusowi, który przecież mógł się wycofać, mógł iść na jakieś układy, na ugodę, mógł przestraszyć się śmierci, a on nie, do samego końca świadczył o Bogu i o swojej misji. Więc i ja, przyjmując tę rolę, godząc się na to, że jako osoba publiczna przyjmuję kolejny wizerunek, też świadczyłem o swojej wierze.

Mówi się, że krzyż przypomina nam o śmierci, a jedynie w jej obliczu możemy nauczyć się po ludzku żyć…

Przeżyłem kilka zwrotnych momentów, które w pewien sposób ukształtowały mnie. Wiem, że życie jest konsekwencją wyborów. I że każda droga i tak doprowadzi do końca. Ten koniec wpisany jest i w moje życie. Nie wierzę w jakiś eliksir młodości ani w cudowne osiągnięcia nauki, które spowodują, że będziemy nieśmiertelni. Ale wiem też, że życie jest bardzo ważne. Najważniejsze. Choć nie trzymałbym się go kurczowo, bo to dopiero niesie niebezpieczeństwo! Myślę, że duże znaczenie miało dla mnie pasowanie mnie na rycerza. Że to mnie jakoś ugruntowało. Umocniło w wierze. Ceremonia ta jest silnie osadzona w religii. Bardzo ważne było też dla mnie założenie rodziny.

Poeta mówi “jeśli go (krzyża) nie utrzymasz, to sam cię podniesie”.

To prawda. Co nas nie zabije, to nas wzmocni…

“Chcesz mnie zrzucić? Zobaczysz, że ciężej beze mnie”.

Lansowany dziś styl życia to unikanie problemów: Chcesz być szczęśliwy, chcesz długo żyć, nie angażuj się, stój z boku. Baw się! Tymczasem problemy przecież nigdy nie rozwiążą się same, porzucenie krzyża nic nie daje. W końcu i tak będziemy musieli go kiedyś podnieść, z jeszcze większym wysiłkiem. Ale jeśli zdecydujemy się, by nieść nasz krzyż, odkryjemy, że to jest ta postawa i ten moment, w którym czujemy się najlepiej. Chwila, gdy stajemy się silni, mocni, a tacy tylko możemy iść przez życie.

Czy choć raz podczas misterium było Panu naprawdę ciężko? Czy był moment, że odczuł Pan ciężar tego krzyża?

Chyba bardziej cierpiałem, gdy widziałem otarte do krwi ramiona moich kolegów.

Pan nie odniósł ran?

Nie. Nawet przez chwilę zastanawiałem się, dlaczego. Ale natychmiast postanowiłem wyłączyć się z wszelkiego myślenia, z wszelkich doznań fizycznych. Skaleczenia i zranienia powodują też niektóre upadki. Jesteśmy przecież na ulicach miasta, gdy muszę upaść, nie patrzę, czy w tym miejscu jest krawężnik, czy studzienka kanalizacyjna. Oczywiście jesteśmy przygotowani do scen kaskaderskich, ale podczas drogi krzyżowej nie mamy żadnych ochraniaczy. Kolega grający Łotra został trafiony w palec podczas wbijania gwoździa… My na te rany jesteśmy po prostu gotowi jako rycerze regularnie ćwiczący walki. Ale waga i nastrój spektaklu, który wytwarza się w tym czasie, powoduje, że reszta się nie liczy.

Czuje się Pan wtedy szczęśliwy?

Trudno mi powiedzieć, o czym wtedy myślę.

A po misterium, gdy zdejmuje Pan szaty Chrystusa?

Tak, czuję szczęście, wytchnienie, jakąś ulgę, powiązaną z radością. Widzę też, jak wielkie znaczenie dla tych ludzi ma to, co przedstawiamy. Nawet dla tych, którzy oglądają nas przez przypadek. Są wśród nich tacy, którym ta nasza droga jest bardzo potrzebna. Te dzieci, które płaczą, gdy strażnicy rzymscy wykonują swoje powinności, te starsze panie, te dziewczyny, ci mężczyźni, którzy mogliby być wtedy zupełnie gdzie indziej, ja ich wszystkich widzę, te twarze, i rozumiem, jakie to jest dla nich ważne. I wiem, że to nie tylko teatr.

 

 

Źródło:  gdansk.naszemiasto.pl

GALERIA

Comments are closed